Oto pierwszy rozdział opowiadania Arisy. Wkrótce kolejny, a w okolicach poniedziałku następny. Niestety nie mogła go opublikować osobiście.
Szłam w milczeniu za moim wujaszkiem. Heh... szłam to złe słowo, raczej
włóczyłam, z oczami wbitymi w ziemię. Z oczami, z których ciekły
perłowe łzy. Zatrzymał się przy lipie. Taka samotna na polu, jak ja. Na
niebie nie było żadnej chmury, słońce grzało niemiłosiernie, lecz na
szczęście chłodny wiatr dodawał swoim chłodem otuchy. Złociste zboże
chyliło się pod jego ciężarem. Niekiedy jakiś ptak zaśpiewał, pszczoła
zabrzęczała. Było tak pięknie, a jednak nie potrafiłam się tym wszystkim
zachwycać. - Tutaj zrobimy postój. - Jego głos, zadrżałam. To wszystko
było takie świeże, rany dopiero porozdzierane. – Teyla, nie płacz,
rodzice wiedzą co dla ciebie najlepsze. A Esserth, nie dość, że bogaty to
jeszcze przystojny. - Nie miałam siły odpowiadać, łzy znów wypłynęły z
oczu. Miałam ochotę wrzasnąć, uciec, wrócić, a nawet zginąć, ale
nie... Jego już nie było. Zniknął z mojego życia... Więc dlaczego
ciągle jest w mym sercu, czyżby bogowie byli tacy okrutni, czy cieszyli się z
każdej niedoli człowieka. Zacisnęłam pięści. – Patrz, kochana w jakim
ty pięknym budynku będziesz mieszkać, normalnie... każda chciała być na
twoim miejscu. Ty to masz szczęście, że książę zakochał się właśnie
w tobie. - Spojrzałam na wuja, w błękitnych oczach, choć tak pięknych,
stworzonych do podziwiania i śmiania się, był bezmiar bólu, stały się
martwe. - Chętnie zamienię się z tymi innymi, wujaszku błagam, ja nie
mogę... nie chce... - Zaczęłam, lecz on jedynie splunął na ziemię i
wstał. - Zapomnij o nim. On dla ciebie już nie istnieje, wstawaj idziemy. -
Wściekły, chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął. Posłusznie szłam,
nie umiałam się zbuntować. Byłam za słaba. Każdy następny krok stawał
się coraz cięższy, a tak bliski zamek, wydawał się być daleki. Kiedy
byliśmy już niedaleko, wujaszek wyjął chustkę i otarł nią moją bladą
twarzyczkę. - Uśmiechnij się, bądź taką jaką masz być. - Nakazał.
Przed zamkiem czekało na mnie już kilku ludzi, a wśród nich mój przyszły
mąż. Moje usta ułożyły się w pusty uśmiech, czułam się jak towar,
który właśnie został wydany. - Jak zawsze piękna. - książę Esserth
stanął przede mną. Wujek miał rację, mnóstwo kobiet chętnie stało by
na moim miejscu. Przystojny - Brązowe włosy i duże zielone oczy. Do tego
delikatne rysy i ten cudowny uśmiech. Dygnęłam, jak mnie uczono, na
powitanie. - Moja przyszła małżonka nie musi mi się kłaniać. -
Delikatnie podniósł mi podbródek i pocałował. - Książę, kapłan już
czeka. - Esserth popatrzył jeszcze na mnie i ruszył ze swoimi towarzyszami,
znikając za bramą. Zostały dwie dziewczyny, które natychmiast
pociągnęły mnie do małego domku, zaczęły mnie stroić i ubierać w
białą suknie. Stanęłam na progu świątyni. Wujaszek chwycił mnie za
ramię i poprowadził mnie w kierunku ołtarza, gdzie czekała na mnie moja
przyszłość. Przez całą ceremonie wpatrywałam się w umęczoną twarz
Suura. Nienawiść, mieszała się ze współczuciem dla jego męczeństwa.
Obok niego stała Deve. Traciła ukochanego syna, a nie odczuwała tej
wściekłości do bogów. A ja nie umiałam poradzić ze stratą mego
ukochanego, a przecież matka, która traci dziecko... Nie mogłam dalej na
ten temat rozmyślać, było mi tak ciężko, tak źle. Ceremonia
przeciągała się, szczególnie to kazanie… Kapłan, coś bredził o
miłości, która niby nas łączy, że ona jest postawą, że bogowie… A
zresztą nie słuchałam. Takich głupot nie umiałam słuchać. Ale czy to
oto chodziło. Przyszłość… Jego twarz znów zajaśniała mi przed oczyma.
Nie, to głupoty, co taki kapłan mógł o tym wszystkim wiedzieć, nigdy nie
był zakochany, więc jak ON mógł znać się na związkach, na tym co się
dzieje między kobietą, a mężczyzną. Przygryzłam dolną wargę, nie
czułam bólu, jedynie kropelki krwi, jedna za drugą poczęły płynąć z
rany. Książe musiał to zauważyć, gdyż po chwili przyłożył mi do
krwawiącego miejsca materiał. – Coś się stało?- zapytał zaniepokojony.
– Zaprzeczyłam gestem głowy. Dłoniom przycisnęłam chustę. Jego dłoń
spotkała się z moją. Odruchowo popatrzyłam się na niego. Ciągle miał
ten zawadiacki uśmiech. Szybko opuściłam wzrok. Tak minęła cała
ceremonia. Obrączki… Pocałunek… Drugi pocałunek…Potem uczta... Noc
poślubna… Stanęłam się lalką, jakby bez ducha, emocji …i czucia.
Zaczęłam przyzwyczajać się do mojej roli. Ba… Nawet zaczęła mi się
podobać. Gdyby nie ta noc..
Spałam sama w wielkim łożu, kiedy poczułam mocne szarpnięcie za włosy.
Przerażona otworzyłam oczy I wyskoczyłam z łóżka. Obróciłam się I
zobaczyłam ją… Wysoka dziewczyna z wściekłością w oczach, a w ręku
trzymała nóż i… i… moje kruczoczarne włosy. Dopiero teraz poczułam
że przestały one gładzić mi plecy, teraz sięgały jedynie do ramion.
Zastygłam… Byłam w szoku… nie mogłam normalnie myśleć. Krzyknęłam,
chciałam uciec… Za późno. Dziewczyna rzuciła się w moim kierunku.
Poczułam na policzku pieczenie I ciepło, ciepło które szybko
rozprzestrzeniało się po szyi… kletce piersiowej. Zachwiałam się, było
mi tak słabo. Upadłam nieprzytomna na ziemię. Ostatnią rzeczą jaką
usłyszałam były kroki I słowa: “Brać ją”.
Obudził mnie zimny powiew. Powoli otworzyłam oczy. Coś tu się nie
zgadzało. Pierwsze co, to ujrzałam czerwone cegły. Zerwałam się na równe
nogi z walącym sercem. Byłam w jakimś miejscu, które wyglądało na
zaułek. Na dodatek, jakiś materiał mocno przylegał do mojej twarzy.
Zrozpaczona zdarłam go I rzuciłam na ziemie. Zatrzymałam się przy
pierwszym oknie. Nie byłam to ja... Nie ta sama. Od prawej brwi, przez
policzek, aż do szyi ciągnęła się szpecąca linia. Włosy nierówno
ścięte sięgały do połowy szyi. Ubrana byłam w czarny, niedbale uszyty
płaszcz z obszernym kapturem, który zarzuciłam na głowę. Nie wiedziałam,
czy cieszyć się, czy płakać. W końcu byłam wolna, ale brakowało mi
życia. Tamtego życia. Wtem zauważyłam znajomą twarz. Serce zaczęło od
nowa bić. Odrodziła się nadzieja, lecz na krótko. On szedł w gronie
urodziwych dziewczyn, szczęśliwy. Umknęłam w cień. “Faceci, wszyscy
tacy sami” pomyślałam I zniknęłam w zaułku, z którego wcześniej
wyszłam. Oparłam się o ścianę I zaczęłam się zastanawiać, co teraz
począć. Nie miałam nic, a musiałam jakoś zarabiać. Zebrałam myśli I
ruszyłam w poszukiwaniu pracy. Włóczyłam się po mieście długi czas. W
koło gwar. “Kupi pan marchewkę, niech pani zobaczy jaki piękny wiklinowy
koszyk, waćpan ofiaruje swojej ukochanej oto ten piękny bukiecik..” Słone
łzy paliły mi policzki. Nie zwracałam uwagi na przekupki, które starały
wepchnąć mi do rąk różne rzeczy. Przeklęty los odebrał mi wszystko,
co było mi cenne… Cenne. To słowo zaczęło mi wirować w głowie, czyżby
mężczyźni w moim życiu stanowili większą część, czy tylko dla nich
żyłam. Nie… nie tym razem. W tym momencie obiecałam sobie, że nigdy, ale
to nigdy nie oddam mojej czarnej, skrwawionej bryły nikomu. Zatrzymałam się
przy wystawie, gdzie były zamki i kłódki różnej budowy i koloru, na
szybki wisiała kartka: „Szukam pracownika.” Los uśmiechnął się do
mnie. Bez zastanowienia nacisnęłam klamkę i wkroczyłam do pomieszczenia.
„Dzień dobry” usłyszałam. Niski, sędziwy mężczyzna patrzył się na
mnie zza okularów. „Ja… ja w sprawie pracy…” zawahałam się. „W
końcu ktoś się zgłosił. Jestem Dert, będziesz zarabiała 2 koshy. Umowa
stoi?” Energicznie pokiwałam głową, poczułam jakąś ulgę, w końcu
mogłam zacząć jakośżyć. „Zaprowadzę cię do twojego pokoju. Proszę
za mną.” Starzec zniknął za drzwiami, ja zaś udałam się za nim.
Doszłam do małego pomieszczenia, było tam wąskie łóżko i niski stolik,
na której stała świeczka i kawałek spleśniałego chleba. Okno,
umiejscowione naprzeciw drzwi, oświetlało całe pomieszczenie. „Dobrze
masz tu klucze, na początek zamieć podłogę w sklepie tam w rogu powinna
być miotła.” Dygnęłam „Tak jest proszę pana.” Po chwili zamiatałam
podłogę i uśmiechałam się do siebie, myśląc że los odwrócił się na
moją korzyść. Mijały tygodnie podczas których uczyłam się całej
mechaniki najróżniejszych zamków i kłódek, a z moim pracodawcą
nawiązałam mocną więź, traktowałam go jak ojca, a ja stałam się dla
niego przybraną córką. Moje życie stało się istną sielanką, aż do
momentu kiedy zjawił się ON.
I jak? Podoba się?
Arisa
Czyli na WP dali Ci w kość? Mam nadzieję, że zagospodarujesz się tutaj dobrze i już nie będziesz zmuszony do zmiany portalu. Wiem jakie to bywa uciążliwe... W linkach już zmienione, jeszcze dodam Cię do obserwowanych :) tym czasem trzymaj się ciepło i twórz kolejną notkę!
OdpowiedzUsuńO tak, było mnóstwo problemów nawet z dodawaniem wpisów i głównie to zadecydowało. Blogspot daje więcej możliwości. Zostaje już tylko przenieść wpisy i przygotować szablon. Znowu przygotowania linków i profilu i kilka kosmetycznych zmian. Zastanawiam się tylko czy warto robić to konto google +1...
OdpowiedzUsuń